piątek, 23 stycznia 2015

Opowiadanie I cz.1

   Żyję. Ja żyję. Żyję. Żyję. Żyję. Biorę głęboki wdech, a moje usta są pełne wody. Pamiętaj, zastrzegam się: wdech i wydech, wdech i wydech. Po prostu utrzymaj się na powierzchni. Na powierzchni. Rozglądam się. Nie ma nic. Wielki i okrągły księżyc spogląda na mnie i oświetla okolicę. A ja widzę ciemność. Macham rękami, ale nie potrafię zachować się na tafli wody. Biorę głęboki wdech, gdyż wiem, iż zaraz znów się zanurzę. Moja twarz znajduje się pod wodą. Próbuję wykrzesać z płuc jakieś powietrze. Bąbelki latają wokół mnie. Moje źrenice są szerokie. Ręce i nogi gwałtownie się poruszają. Zatracam się w wodzie... Wtedy Go widzę.

   Biorę głęboki wdech. To tylko sen. To tylko sen, powtarzam sobie jak mantrę. Nic się nie stało. Ocieram pot z czoła. Znowu ten koszmarny sen. Spoglądam na cyfrowy zegar. Trzecia trzydzieści. Zawsze ta sama pora. Zawsze ten sam koszmar. Czy on nie może zniknąć?
   Znów moja kołdra znajduje się pod łóżkiem. Momentalnie robi mi się zimno. Zbieram ją z podłogi i okrywam się nią. Nie zasnę. Wiem, że już nie zasnę. Nawet nie chciałabym. Powrócić jeszcze raz do snu? Nie, dziękuję. Już dawno go nie było. Ostatni raz miesiąc temu. Czemu się powtórzył? Dzisiaj pierwszy dzień szkoły w liceum. Czy to jakiś znak?
   Wgapiam się w sufit i myślę. Rano będę miała podkrążone oczy. A było tak dobrze. Bez tego snu. Przewracam się na lewy bok i kładę głowę na ramieniu. Moja ciocia i tak dostatecznie martwi się. Podczas pierwszych razów okropnie krzyczałam. Pierwszy tego rodzaju sen pojawił się w dzień śmierci rodziców. Wypadek samochodowy. To cud, że przeżyłam. Wydarzenie to miało miejsce w wakacje, mieliśmy wyjechać na wakacje. Taki był plan. Wszystko się poplątało. Siostra mamy się mną opiekuje. Powiedzmy, że dobrze jej idzie. Ma dopiero dwadzieścia dwa lata. Jest niemal o sześć lat starsza ode mnie. Wiele oczekiwać nie mogę. Ale rozumie mnie jak mało kto. Zawsze miałyśmy dobry kontakt. Ciocia Norah pamięta swoje lata "młodości", które były nie tak całkiem dawno. Jak każda nastolatka upiła się, ćpała, paliła - nawiasem mówiąc, wciąż pali - brała inne używki. Dlatego zna się na życiu jak mało kto w mojej rodzinie. Moja mama zawsze doprowadzała ją do porządku i kryła przed rodzicami, jak wspomina ciotka. Nie lubi jak się tak do niej mówi - ciotka - brzmi staro. Woli "Norah", od razu lepiej. Tak więc Norah nie ma na oku żadnego mężczyzny, choć w liceum nie mogła się od nich odpędzić. Przez wypadek rodziców nie mogła wyjechać na studia. Wie, że nie pogodziłabym się z utratą moich najlepszych przyjaciół. Dlatego studiuje tu. W małym miasteczku. Wielka przyszłość na nią nie czeka.
   Co do moich przyjaciół - są niesamowici. Becca i Rachel. Dwie najbliższe przyjaciółki, które są ze mną od zawsze. To znaczy z Rachel znam się od piaskownicy, a Becca dołączyła do nas w trzeciej klasie. Rachel to wysoka blondynka z kręconymi włosami. Jej smukła budowa i do tego nieziemski wygląd kwalifikują ją na modelkę. Natomiast Becca ma proste, krótkie, prawie czarne włosy. Grzywka zawsze spada jej na prawe oko. Jest średniego wzrostu ze średnią budową ciała.
   Wreszcie budzik zadzwonił. Siódma trzydzieści. Czas wstawać. Założyłam czarną spódnicę, czarne rajstopy, białą bluzkę oraz czarne botki. Wrzesień. Jesień. Liście spadające z drzewa. Uwielbiam zapach tej pory roku. Ubrana zbiegłam po schodach na śniadanie.
    -Hej - rzuciłam do cioci.
   -Witaj Amy - powiedziała miłym głosem. - A oto twoje śniadanie - oznajmiła ceremonialnym tonem, kładąc talerz przede mną. Znajdowały się na nim dwa tosty posmarowane masłem i dżemem.
   Szybko je zjadłam. Popiłam herbatą i wybiegłam z domu. Nie spieszyło mi się, ale jednak chciałam zobaczyć się z przyjaciółkami. Nie miałam z nimi kontaktu od kilku tygodni, ponieważ wyjechały na wakacje z rodzicami. Ja zostałam w domu, parę razy wychodziłam spotkać się ze znajomymi do pobliskiej kawiarni. Parę razy udałam się na zakupy. Lecz najczęściej przebywałam na cmentarzu lub łóżku z książką.
   -Cześć - przywitały mnie uściskiem Rachel i Becca, stojące przed budynkiem szkoły. - Jeju, jak my się dawno nie widziałyśmy! - Jeszcze raz zagarnęłyśmy się do przytulasa.
   -Jak się czujesz- zapytała ze współczuciem Becca. Zawsze wrażliwa i poukładana. Nienawidzę tego pytania. Zadawał mi je każdy, kto tylko przeszedł obok mnie. Śmierć, szpital, pogrzeb, żałoba, kondolencje. Sztuczne kondolencje. Mówią tak tylko po to, by ulżyć sobie, że nam pomagają (chociaż nie pomagają).
   -Czuję się dobrze. - Była to po części prawda. Po części kłamstwo. Cieszyłam się, że tu są. Że wszystkie razem jesteśmy. Ale wciąż szarpało mną poczucie winy. Gdybym tylko zgodziła się pojechać dzień wcześniej... Dlaczego tylko ja przeżyłam? Rodzice zasługiwali na przeżycie. Nie ja. Nie byłam idealnym dzieckiem.
   Rachel stała z boku, obserwując tę żenującą scenę. Nienawidzi ckliwych momentów. Ja czasami także, gdy są przesłodzone. Ręce miała skrzyżowane na klatce piersiowej.
   -Dobra, skończmy ten smutny temat, bo się rozryczycie - odezwała się wreszcie. - A ja nie chcę takiego początku. W przeciwieństwie do was. - Wskazała palcem to na mnie, to na Beccę. - Zaciskamy dupę i wchodzimy, dziewczęta. - Ruszyła przodem, a po chwili my wyrównałyśmy z nią krok.
   Wnętrze liceum było całkiem przyjemne, jak na szkołę. Zielone ściany i zielone szafki po obu stronach. Po prawej od drzwi wejściowych gabinet dyrektora, a obok wice-dyrektora. Dalej sekretariat, gdzie poszłyśmy po nasze plany. Miła, większej tuszy sekretarka podała nam plik kartek. Każda z nas od razu zaczęła go porównywać z drugą osobą. W ciągu dnia mam parę lekcji z Beccą, to z Rachel, więc nie jest źle. Moim ulubionym przedmiotem w szkole jest chemia. Mówią, że mam ścisły umysł. Ale nienawidzę fizyki. To chyba normalne, prawda?
   Kierowałyśmy się teraz na salę gimnastyczną, gdzie uroczyście ma się rozpocząć nowy rok szkolny. Sala była wypełniona po brzegi. Rozglądając się, dostrzegłam wiele osób znanych mi z twarzy bądź osobiście. Niektórzy machali.
   Wtedy dostrzegłam jego. Przenikliwe spojrzenie. Wsparty o ścianę, lewa noga lekko się uginała, a stopa przyległa do ściany. Skrzyżowane ręce. Wymownie na mnie patrzał.
   To on - zaczęło mi wirować w głowie. W moich oczach nastały wspomnienia... snu.
   To ten chłopak. Ten sam, który występuje pod koniec snu. Zawsze on.
   Ogarnął mnie strach. Czy to możliwe?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz